wtorek, 17 sierpnia 2010

Innocenty XI i niespodziewany towarzysz śniadania

Innocenty XI cieszył się miłym, słonecznym porankiem. Opierając dłonie na ziemi chłodnej jeszcze, ale jakże przyjemnie łagodzącej nocne lęki i echa wieczornych obaw, wpatrywał się w niebo i w młode jeszcze słonce na nim. Niespodziewanie ktoś odchrząknął za jego plecami i cokolwiek zachrypniętym głosem umelodyjnionym egzotycznym zaśpiewem zapytał, czy bardzo by mu przeszkadzało, gdyby prawdziwy sługa boży odprawił obok niego prawdziwą modlitwę do prawdziwego i jedynego Boga. Innocenty odparł bez zastanowienia, że oddawanie czci jedynemu i prawdziwemu Bogu nigdy mu nie przeszkadzało. Ba, że sam to właśnie robi i nie odważyłby się nikomu stawać na przeszkodzie w tak zacnym czynie. Głos odchrząknął na to z lekkim powątpiewaniem. Zaraz jednak rozłożony został na trawie niewielki dywan, na który prędko opadły kolana właściciela głosu, a za nim całe jego ciało. Wkrótce rozległa się mamrotana miarowo modlitwa w obcym języku, a czoło przybysza wędrowało w górę i w dół.
- Interesujące – odezwał się Innocenty, gdy nieznajomy – jak mu się wydawało – zakończył. - Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem twojej odwagi, nieznajomy. To chrześcijański kraj.
- Każdy kraj jest ziemią Pana – odparł przybysz. – Tylko część jej zamieszkują wciąż – ale już niedługo - niewierni oddający cześć bożkom i cielcom. 
Splunął znacząco ledwie skończył mówić. Przez grzeczność uczynił to jednak w stronę, po której Innocenty nie siedział. I zaraz też zaproponował papieżowi wspólny posiłek, na co ojciec duchowy chrześcijańskiego świata przystał z ochotą. Dołożył od siebie ciasto i pomidory, w jakie zaopatrzył się w wiosce odwiedzonej poprzedniego dnia oraz suszoną wołowinę. Do posiłku dołączono placki jęczmienne bardzo smakowicie doprawione, nieco baraniny oraz ser.
Śmiertelni wrogowie religijni zajadali ze smakiem te delicje (każdy posiłek smakuje wyjątkowo, gdy spożywa się go o świcie lub niedługo po nim) popijając je wodą z pobliskiego źródła. 
- Poganin – muzułmanin wskazał krzyż, jaki Innocenty nosił na piersi. – Wyglądasz mi na przyzwoitego człowieka, nieszczęsny niewierny. Gdybyś zechciał powtórzyć za mną trzykrotnie, że jest jeden tylko Bóg, a Mahomet jest jego prorokiem, zdołałbym uratować twoją duszę.
- Drażni cię mój krzyż, panie?
- To pogaństwo. Mienicie się sługami jedynego Boga, ale ubóstwiliście jego proroka Jezusa, modlicie się do obrazów i rzeźb a nawet do tego właśnie krzyża, za który, jak słyszałem gotowiście się choćby i dać posiekać. I choć pochwaliłbym takie oddanie wierze, to przecież za waszą stoi właśnie pogaństwo.
- Bo mamy obrazy i rzeźby i krzyże?
- Obrazy przedstawiające Boga obrażają go. Umniejszają, bo nie da się przecie zamknąć Boga w obrazie. Rzeźby świętych, do których się modlicie są jak pogańskie bożki. Wstyd mi za was. Czy prorok Jezus, którego pamięć obrażacie nazywając go imieniem boskim, modlił się do obrazów albo rzeźb jak ci podli Rzymianie, którzy przybili go do krzyża, za co smażą się teraz z pewnością w piekle?

Wypili jeszcze po łyku wody i zjedli po pomidorze.
- Czy masz imię, drogi towarzyszu posiłku? – zapytał Innocenty XI.
Seria pomruków, jaką usłyszał w odpowiedzi pozostała dlań niezrozumiałą. Ukłonił się jednak deklarując, że bardzo mu miło poznać tak szacowną osobę i odwzajemnił się własnym imieniem.
- Czy twoje imię potrzebne jest Panu, by cię rozpoznał? – zapytał.
- Skądże! – obruszył się muzułmanin. – Gdybyś nie był skazanym na potępienie poganinem, wiedziałbyś, że Bóg patrzy przez człowieka na wskroś i zna liczbę włosów na jego głowie i grzesznych myśli w jego duszy!
- Ano, prawda. Po co ci więc imię?
- By uczcić pamięć mego ojca i mego rodu. By każdy, kogo spotkam mógł wiedzieć, kim jestem i od kogo pochodzę.
- Ano, tak. Potrzebują więc twego imienia ludzie, tacy jak ja i ty – niedoskonali i nie patrzący na wskroś, jak jedyny prawdziwy Bóg. – obaj wznieśli oczy ku niebu. – Nadajemy imiona, tak, jak nazywamy miasta i wioski a nawet liczby nazywamy. Bóg, który zna wszystkie imiona wszystkich rzeczy, nie potrzebuje tak naprawdę tych nazw. My, słabi i niedoskonali, owszem.
- Widzę, do czego zmierzasz – odparł muzułmanin o mruczanym imieniu, uśmiechając się łagodnie. – Zaraz powiesz mi, że niedoskonali ludzie nie potrafią objąć choćby samej myśli o Bogu, jeśli nie posiadają czegoś, na czym ich myśli nie mogłyby spocząć, jak ptaki spoczywają na gałęziach drzew, gdy chcą chwalić śpiewem Pana. Tak, jak nie potrafimy wyobrazić sobie liczb, jeśli nie nadamy im imion.
- To właśnie chciałem powiedzieć.
- Dlatego Prorok dał nam Słowa Pana. Nie musimy obrażać Boga wizerunkami, gdy mamy Jego Słowa. Wy, chrześcijanie jesteście jak krnąbrne dzieci. Błądzicie, ranicie się ciągle i upadacie, ale nie chcecie słuchać mądrzejszych od siebie. Nie masz wyznawcy prawdziwego jedynego Boga, który nie znałby Jego Słów Boga zawartych w Księdze, która nigdy nie zostanie spisana. Wierni Panu w Jego Słowach znajdują oparcie, nie w obrazach i rzeźbach. Wy też macie Świętą Księgę, ale nie uczycie się ich na pamięć, a czytać potrafią tylko niektórzy z was. Dlatego pozostajecie poganami błądzącymi w ciemności, choć jasny płomień pali się tak blisko was!
- Słowa – rzekł Innocenty XI, zastanawiając się, czy przeżyje tę niewinną poranną dysputę – to tylko inna nazwa rzeźb i obrazów.
Znając muzułmanów jedynie z opowieści pochodzących nawet nie z drugiej, czy trzeciej, ale wręcz dwudziestej albo i dalszej jeszcze ręki; opowieści co do jednej krwawych i przerażających, spodziewał się, że jego towarzysz spąsowieje teraz, wyszczerzy wielkie zębiska i rzuci się nań z wydobytym pospiesznie zakrzywionym nożem, by poderżnąć mu gardło, wyrwać serce i pożreć je. Potem pewnie odetnie Innocentemu głowę i zatknie ją na jakiś kij, albo owinie w szmatę i zawiezie do swojego dzikiego pustynnego kraju by chełpić się ubitym chrześcijaninem.
Dlatego zdziwił się, ale i zatrwożył odruchowo, gdy muzułmanin o mruczanym imieniu roześmiał się głośno i – jak się wydało Innocentemu XI – serdecznie.
- Zaiste, wspaniałe śniadanie! – zawołał muzułmanin. – A z ciebie, niewierny, niezgorszy gagatek! Prawdziwie mi żal, że skończysz w piekielnych mękach! Jesteś pewien, że nie chcesz się nawrócić?
- Myślę, że Bóg ceni wierność.
- Zapewne. Byle nie mylić jej z zatwardziałością, nieszczęsny poganinie skazany na spędzenie wieczności w męczarniach.
Poprzekomarzali się tak jeszcze chwilkę ku obopólnej satysfakcji, a potem pożegnali się i odeszli w przeciwnych kierunkach, ale każdy ku temu samemu celowi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz